wtorek, 29 kwietnia 2014

Nigdy w Życiu

Pewien znany i bardzo ceniony psycholog, i psychiatra zarazem Tadeusz Stelmaszczyk, opowiedział mi kiedyś o "Syndromie Pań z dziekanatu", który jest niczym innym, jak Młotem na hejterów. Polecam też obejrzeć na Youtube inny "młot", pod tytułem "Co mówią hejterzy" autorstwa chłopaków z AbstrachujeTV, który nie przerysowując, oddaje sedno sprawy.

Od momentu rozmowy z moim ówczesnym mentorem na wpisy od "Anonimowych" patrzyłam z uśmiechem politowania, ale dzisiejszy komentarz zainspirował mnie do napisania kilku zdań... (Mam problem z odpisywaniem na komentarze z uwagi na żenujące łącze internetowe, ale obiecuję Wam odpisać, bo kilka wpisów podbiło moje serducho :) )

Pozwolicie, że zacytuję Anonimkę, która natchnęła mnie do dzisiejszego wpisu:
"A nie jest tą księżniczką? Kogo stać na takie życie ile masz koleżanek która mieszkają same i same się utrzymują i jeszcze mają na poprawianie urody?
Czytałaś post Keep Smiling, jej się nie mogło mieścić w głowie że zamieszka kiedyś w małym mieszkaniu? O czym to świadczy? Na pewno nie o tym że znała takie życie.
Sądzisz że skąd ma kasę na nowe mieszkanie, jakieś studia mimo podobnież skończonych innych, własne auto, zakupy, zabiegi w klinikach, utrzymanie zwierząt ? z fotomodelingu? no błagam, nawet nie jest na tym poziomie co Monika Gocman, Pietrasińska, Siwiec, Sikorska itd. Nie ma szans aby się z tego mogła utrzymać. Nigdzie nie widać jej twarzy. Albo rodzice jej pomagają finansowo ( dali/dają kasę na 90% tego + jakiś odziedziczony majątek ) albo ma zajebistą robotę inną niż pisała. Bo w bycie modelką nie uwierzę. "



Nie bardzo wiem, czy powinnam pominąć ten drobny fakt, że co najmniej dwie z wymienionych fotomodelek wyszły za mąż za milionerów, synów posłów, czy senatorów i to stało się ich głównym, jeśli nie jedynym, źródłem utrzymania. Pozostałych dwóch nie znam osobiście, jednak nie o tym chciałam napisać...


Wychowywałam się trochę u babci w mieszkaniu, trochę na górskiej wsi z prawdziwym gospodarstwem i przyjemnością jazdy na leniwych, wielkich, włochatych baranach oraz dojeniu kozy, trochę u rodziców w domu z ogrodem i kilkoma psami. Nigdy wcześniej nie mieszkałam w kawalerce, a jednak teraz świadomie właśnie takie mieszkanie wybrałam. Dlaczego? Bo można "mieć pieniądze, albo wydawać pieniądze". Inwestując w nasz Dream House nie przeliczyliśmy sił na zamiary. Wydaliśmy pieniądze, by później okazało się, że ich nagle nie mamy. Kredyt rósł, zamiast maleć, a wykończenie, które wzięłam na siebie, zrobiliśmy tak źle, jak tylko można. To było moje i Łukasza pierwsze, własne mieszkanie, więc wszystko kupiliśmy z górnej półki. Błąd, duży błąd, którego już nigdy nie popełnię. Pieniędzy włożonych w urządzenie i remont nie było ani trochę widać. Tak jak pisałam, meble za 25tys i te za 400zł nie różnią się wyglądem. Techniczne bajery wcale, jak się okazało, nie ułatwiają życia, za to owszem, psują się w najmniej oczekiwanym momencie. Bardzo się cieszę jednak, że mogłam tego w życiu doświadczyć, bo już wiem, że pewne rzeczy są mi całkowicie zbędne.
Małe mieszkanie, to malutkie opłaty, a w dzisiejszej sytuacji zdecydowanie wolę kupić drogie podręczniki, markową torebkę, czy zabrać psa na komplet szkoleń, niż co miesiąc płacić "haracz" za metraż podłogi, którą trzeba umyć.

Czy byłam "księżniczką"? Oj tak. Kiedy zaczęłam zarabiać łatwe i duże pieniądze, szybko dostałam syndromu nowobogackiej. Jednocześnie podobało mi się to i z tego samego powodu byłam niezadowolona, bo czułam, że się rozpaskudziłam. Kredyt wzrósł o 1000zł miesięcznie, ja po zrobieniu sobie tatuażu straciłam większość angaży, choć zdawałam sobie doskonale sprawę, że tak właśnie będzie. Łukasz stracił stałą pracę w Polsce, a później tę zdalną w Londynie. W skarbonce zaczynało być widać dno, a my byliśmy w czarnej dupie. Moja nowa firma z Designerskimi Meblami, które robiłam własnoręcznie wymagała nakładów na reklamę, a dofinansowania unijne były na dany rok wyczerpane.
To był jeszcze okres, w którym niezbyt wiele wiedziałam o samej sobie. Koniec frywolnego życia oznaczał dla mnie koniec wszystkiego. Wiedziałam już, że wyjazdy na zakupy w Londynie są tak samo przereklamowane jak drogie meble i pięciogwiazdkowe hotele, ale to nadal była wiedza szczątkowa. Wiedziałam też, że Wiedeń śmierdzi niemal identycznie jak Wenecja, a ubrania, ile by nie kosztowały, kupione pod wpływem impulsu, w końcu wylądują na dnie szafy, kompletnie zapomniane. Rok 2013 zabrał mi wszystko co miałam - rodzinę, miłość, stabilizację, pieniądze, dom, całą moją "strefę bezpieczeństwa", z której nie lubiłam się ruszać. I kiedy ta strefa znika, kiedy nie masz się gdzie schować i dokąd uciec.. możesz wszystko. Strach się rozwiewa.

Zaszyłam się na kilka miesięcy i zaczęłam czytać - każdy poradnik dotyczący Zen, Tao, coachingu, psychologii, samorozwoju, psychologii reklamy, konsumenckiego świata zachodu, który wpadł mi w ręce. Siedziałam w pokoiku na piętrze u rodziców w środku lasu i czytałam szukając siebie. Skupowałam książki na Allegro, gdzie ludzie często sprzedawali je za pół ceny, bo od kogoś dostali lub po prostu z antykwariatów. Dotarcie do miejsca, w którym znajduję się teraz zajęło mi pół roku i muszę przyznać, że przez ten czas rozwinęłam się bardziej niż przez całe swoje życie.

Miałam plan na innowacyjny biznes internetowy, potrzebę dalszego rozwoju i chęć pomagania innym. Znalazłam mieszkanie, którego nikt nie chciał wziąć z racji opłakanego stanu, w jakim było. Syf, brud, smród i robaki w komplecie. Na mieszkanie wzięłam kredyt, choć muszę przyznać, że było bardzo tanie. Nie miałam grosza przy duszy poza paroma drobniakami. Słownie miałam w kieszeni z 1500zł. Przychodziłam nieraz do tego swojego grajdołka, siadałam na wiadrze z farbą i płakałam z bezradności. Musiałam zrobić remont sama. Nie miałam pojęcia od czego zacząć. Pomalowałam ściany, ale brud nieubłaganie za każdą warstwą wychodził spod spodu. W końcu jedna ściana odpadła aż do płyty. Skrzyknęłam kilku znajomych i weszliśmy tu razem. Pomogli, ale ile można było zrobić w weekend. Znów zostałam sama, aż do momentu, kiedy nie odezwał się do mnie kumpel z czasów licealnych. Przez dwa tygodnie przyjeżdżał po pracy na dwie godziny i pomagał, a przede wszystkim uczył mnie robót budowlanych. Wkrótce wyjechał do Szkocji, ale ja już byłam obeznana w kuciu ścian, tynkowaniu, rwaniu boazerii i gładziach. Przyszło do mnie z pomocą w najcięższych pracach, vide kucie, paru kolegów, a gładzie nauczyłam się kłaść idealnie. Ba! Nawet mi się to podobało. Tak bardzo, że zamiast kawałka kuchni pociągnęłam całe mieszkanie łącznie z sufitami. Wracałam do domu spać i nie wiedziałam jak się nazywam. Często kładłam się z białymi od pyłu włosami, bo nie miałam nawet siły się umyć. W międzyczasie szukałam studiów podyplomowych z coachingu, bo czułam, że muszę pociągnąć ten temat dalej. Nie było tak łatwo - pierwsza szkoła mnie odrzuciła, ale szukałam dalej. Czułam, że jest to coś, co muszę zrobić. W końcu się dostałam, do Wrocławia.
Mimo, że coś szło do przodu, nadal potrafiłam przyjść "do siebie", usiąść bezradnie w środku tego remontowego syfu i ugiąć się pod ciężarem rzeczywistości. Remont się ciągnął, a mój miesięczny nakład finansowy nie pozwalał na wynajęcie ekipy. W pewnym monecie okazało się, że sama nie jestem w stanie więcej zrobić. Fartem, w tym samym czasie moja mama wymyśliła, że mamy starego przyjaciela rodziny, który zajmuje się remontami. Przyjechał, wymienił mi wannę i toaletę. W sklepie podpatrzyłam, jak tnie się wykładziny, więc następnego dnia zaopatrzyłam się w odpowiedni nóż i podłoga w kuchni i łazience była gotowa. M. pomógł mi z malowaniem, kiedy tylko się poznaliśmy, ale nie mieszkając na stałe w Polsce, niewiele mógł zrobić. Meble skręcałam na gwałt, na wczoraj ze znajomym prawnikiem (ciekawe, czy to podniosło ich wartość :D), a kuchnię i wiercenie, którego się bałam, załatwił M. podczas kolejnego przyjazdu do Polski.

Szkołę mogłam opłacić dzięki pieniądzom z wynajmu naszego Dream House. Wszystko szło dobrze. Koszta remontu były niewielkie, bo większość rzeczy robiłam sama, a koledzy pomagali za darmo.

Tylko wciąż czegoś mi brakowało. Może jakiegoś większego sensu, celu w życiu? Myślę, że kobietom, które mają dzieci jest się łatwiej rozstać. Mają kogo kochać, kim się opiekować... a ja nie miałam kotwicy. Byłam tak wolna, że aż czułam bezsens. Musiałam znaleźć ukochane hobby, najlepiej żywe, takie, które można przytulić.
Znalazłam go w ogłoszeniu na Facebooku. Był idealny. Najpiękniejszy Owczarek Niemiecki, jakiego w życiu widziałam. Porzucony gdzieś na działkach, dziś mieszkał w schroniskowym kojcu z drugim psem. Grzeczny, spokojny i bardzo zagubiony. Jeśli można pokochać psa widząc jego oczy na zdjęciu, to tak właśnie się stało. Przejechałam po niego pół Polski i przelałam na futrzaka wszystkie swoje ciepłe emocje i potrzeby opiekowania się jakimś żywym stworzonkiem. Był koszmarnie chudy i miał biegunki, ale w schroniskowej rzeczywistości to normalne. Jak się niestety okazało, nie w jego przypadku. Larson był bardzo chory, a operacje wyniosły ponad 3,5tys zł. I znów byłam w czarnej dupie. Mieszkanie wymagało jeszcze nakładów finansowych, szkoła ciągnęła ze mnie miesięcznie za dużo, a kliniki weterynaryjne wołały spłaty rachunków. Skontaktowałam się z ludźmi, z którymi już pracowałam i dostałam pieniądze za sesję z góry. Jedna z psich fundacji udostępniła mi konto do zbiórki pieniędzy na długi Larrego, zorganizowaliśmy tzw bazarek. Kiedy uspokoiłam się finansowo, pozostał strach, że on tego nie przeżyje. Właściwie tyle złego mi się już wydarzyło w tak krótkim okresie czasu, że byłam pewna, iż i on mnie opuści, tym bardziej, że rokowania nie były ciekawe.

Dziś Larson ma się dobrze, bryka i tyje jak na drożdżach. Za "parę kilo" idziemy na szkolenie najpierw z posłuszeństwa, a później na psa obronnego, bo Larry jest bardzo o mnie zazdrosny, co jest dla owczarków dość typowe. Z remontu zostało mi założenie krat, wymiana drzwi, kupno kilku pierdół, mebli do łazienki i wywiercenie paru dziur, które zresztą zaraz idę wiercić. Dziś podłączyłam zlewozmywak, więc powoli przestaję żyć jak zwierzę i zmywać talerze w wannie...

Moje całkowite wydatki remontowe to 2,5tys sam "czysty remont", w kolejnych 3tys zamknęłam się z wyposażeniem i meblami (sprzęty typu lodówka, kuchenka kupiłam używane, sprowadzone z Niemiec) i jakieś 2tys jeszcze przede mną. Kraty robi mi znajomy po cenach materiału, a jedynie za wymianę drzwi będę musiała zapłacić komuś z zewnątrz.

Powoli tez siadam do pisania dwóch unijnych biznesplanów wraz z firmą z Poznania specjalizującą się w dotacjach. Jeśli się uda, otworem stoi przede mną Jeremie, na którego można kupić samochód, a nawet mieszkanie...

Wszystko można, tylko trzeba to w sobie najpierw znaleźć, a właśnie same poszukiwania są najcięższe. Tylko nie jesteśmy skazani na robienie tego samemu. Tak jak dietetyk pomaga z ułożeniem i utrzymaniem diety, a trener w odzyskaniu formy i pięknego ciała, tak coach pomaga wyznaczyć w życiu cele i do nich dążyć.

Wrócę jeszcze na chwilę do cytowanej Anonimki, bo może kogoś jeszcze ten temat ciekawić. Z racji dużego tatuażu nie pracuję już przy typowej polskiej komercji, a w niszy fotograficznej i przy filmie, gdzie tatuaż dla charakteryzatora, choćby był na całej twarzy, nie stanowi większego problemu. W reklamie, gdzie tatuaże można schować pod ubraniem, ale przyznam, że rzadko mam czas jeździć na castingi do Warszawy. Polski świat fotomodelingu kręci się głównie wokół sesji bielizny, a tam od kilku ładnych lat wymagany jest, że tak to potocznie określę, silikonowy biust, którego przed czterdziestką nie zamierzam sobie robić... A co poza tym? Kontrakty, na które wyjeżdża masa dziewczyn mało znanych z reklam w babskich gazetach i internetowych sklepów z bielizną w Polsce. Głównie Chiny, Turcja, czasem Francja. Kontrakt gwarantuje 4-5tys zł na czysto miesięcznie, niewiele, bo trzeba spłacić koszta zakwaterowania, jedzenia i kierowcy plus prowizja dla agencji. Praca polega na odsiadywaniu na co najmniej dwóch castingach dziennie. Z trzymiesięcznego  wyjazdu przywozi się te 12-15tys zł. Castingi to nie jest taka złota robota, często w kolejce siedzi się po sześć i więcej godzin gapiąc w ścianę, a tak długa bezczynność jest gorsza od jakiejkolwiek pracy. Poza tym są zwykłe publikacje w prasie, za które można zgarnąć 3tys zł dniówki, tylko to się zdarza... raz na rok jeśli masz szczęście. Do tego dochodzą przeróżne chałtury, więc wyżyć owszem można było i to całkiem nieźle, ale zanim przyszedł do Polski kryzys... Pomijam oczywiście dziewczyny ze słynnej afery z udziałem córki znanego muzyka i żony innego muzyka, które dorabiały na nockach u Szejków i Radka M, które teraz między innymi reklamują bieliznę ;) To ogólnie nie jest fajny światek. Dużo propozycji od mało atrakcyjnych, majętnych Panów. Bicie się o ochłapy, komu redaktor naczelny podał rękę i przekrzykiwanie, kto ma jakie kontakty (a de facto robią sesje do znanych magazynów za free, żeby się pokazać). Zauważyłam jeszcze trzeci rodzaj "Wschodzących Gwiazd", które masowo pojawiają się wszędzie tuż po tym, jak na prywatnym koncie znanego fotografa lądują ich wspólne zdjęcia pod tytułem "ja i moje nowe kochanie". Każdy sposób jest dobry, jeśli tylko działa.

Co jeszcze w życiu robiłam? Projektowałam elewacje domów, głównie w stylu francuskich dworków, bo taka była wizja pracodawcy. Projektowałam wnętrza, dla tej samej firmy, co elewacje. Ostatnio w ramach nauki, robiłam film na podstawie projektu 3D jakiegoś pałacu dla klienta z Białorusi, który - niespodzianka - nie zapłacił. Pracowałam jako Personal Shopper i do tej poru paru moich kumpli nie kupi beze mnie nawet szalika. A zaczynałam - jak każdy - pod koniec liceum jako kelnerka i hostessa.

Dziś, jeśli akredytuję się w ICI i ICF, mogę pracować w dowolnym kraju na świecie. Jeśli finanse pozwolą, w wakacje zrobię szkołę trenerską, co razem z coachingiem i znajomością mody oraz podstawowym poczuciem estetyki da mi możliwość prowadzenia już samodzielnie warsztatów z kreacji wizerunku. Zdecydowanie w tym temacie wolę pracować z kobietami. Warsztaty samorealizacji to też moje marzenie. Lubię pomagać ludziom się rozwijać... wręcz obsesyjnie :) Bo jeśli ja dałam radę, to dlaczego inni mieliby nie dać?

POSH

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Moje gniazdko Cz.I

Sieciówka w moim laptopie złapała Fon Netię...
Jutro podpisuję umowę z Toyą i czekam z wywieszonym językiem na montera.

Dziś tylko fragmenty, bo łazienka jeszcze nie ma mebli, barek jest w rozsypce, a kącik TV prowizoryczny. Jak widać... okien też jeszcze nie dopracowałam ;)







POSH

Keep Smiling

O Bogowie!
Od ośmiu godzin próbuję zalogować się na bloga.
Tak, wyczerpałam transfer. Tak, w ciągu tygodnia.
Regularny internet będę miała za dwa tygodnie, co oznacza mniej więcej tyle, że posprzątam mieszkanie, piwnicę, klatkę schodową, wykąpię psa, kota, psa sąsiadów, umyję podłogę na kolanach, wielokrotnie, codziennie, przeczytam wszystkie zaległe książki i gazety, przerobię materiał ze szkoły na rok do przodu, będę wychodzić z psem na wielogodzinne spacery, skończę robić przedpokój (czy też zacznę), a później... Usiądę przed monitorem i przez tydzień będę bezowocnie gapić się na stronę Facebooka. Ot tak, dla zniwelowania traumy. Mmm i obejrzę te wszystkie zaległe seriale... Zakopię się w łóżku z laptopem, obrosnę mieszanką kurzu i resztek jedzenia.
A wracając na ziemię...

Znajomi mówili: "Zobaczysz jaką poczujesz ulgę, kiedy się wyprowadzisz". Nie poczułam - zamiast kuchni miałam skład narzędzi, wiader z farbami i szpachlówką, worków z resztkami tynku i cementu. W pokoju kartony piętrzyły się po sufit, zostawiając tylko wąską dróżkę do niewykończonej łazienki z brudnym po remoncie kiblem. Moją traumę ratowało chyba tylko dziko wygodne łóżko z Ikei, na którym znajdowałam w końcu równowagę psychiczną (zasypiając). Pierwszych kilka dni czułam się jak na innej planecie, ale w miarę oswajania się z faktem, że jestem u siebie, wszystko zaczęło się zmieniać. Przepowiednia nabrała mocy.

Nagle okazało się, że mogę zarywać noce i buszować po domu o której tylko chcę. Nikt nie marudzi, żeby zgasić światło. Nikt nie powie mi, że to czy tamto mam robić inaczej - hej, jestem u siebie i mogę robić co chcę :) Nie ma tu drugiej osoby, która mnie oceni. Już nikt nie wtrąci się, że talerze nie odniesione do zlewu, a psia sierść wala się po podłodze, bo odkurzacz gryzie. Pierwszy raz w życiu poczułam "TĘ" wolność. W końcu coś stało się moje i tylko moje, a nie wspólne.

Urządzając mieszkanie nie musiałam liczyć się z nikim poza mną, więc są kwiaty i pluszowe misie. Kto wie, czy kiedykolwiek będę miała jeszcze szansę zrobić mieszkanie tylko dla siebie, bez opcji "samiec" ;) Znaczy samiec dobra rzecz, ale samemu też fajnie. Gorzej, kiedy spada na Ciebie wielki pająk i ucieka do szuflady, ale i z tym dziś dałam sobie radę. Remontując drugie mieszkanie w ciągu dwóch lat mogłam uniknąć powtórzenia wielu błędów. Podłoga za 150zł/m2 i za 37zł/m2 wygląda dokładnie tak samo, szafki do kuchni z wyprzedaży za 389zł nie różnią się wizualnie od tych za 25tys... Z tym, że te pierwsze można zmienić, kiedy tylko się znudzą, a drugie zdążą nas przeżyć, zanim się zepsują, a wyrzucić coś, za co zapłaciło się majątek - nierozsądnie. Ktoś, kto nie do końca potrafił zastosować to w praktyce, wpajał mi, że można mieć pieniądze, albo wydawać pieniądze. On ani nie wydawał, ani nie miał, ja po prostu lubię otaczać się wszystkim, co ładne. Drugie ważne hasło pochodzi od wielkich ludzi mody - strój tworzą dodatki. Biały T-shirt z H&Mu, jeansy, skórzane buty i torebka Chanel obronią się zawsze. Wieczorowa sukienka, tanie buty z wystającym klejem i krzywo uszyta torebka z eko skóry - nigdy. I tak tez moje nowe lokum ożyło dzięki dodatkom, które w większości zgromadziłam do poprzedniego domu. Utrzymane w podobnej tonacji nie męczą wzroku nawet, kiedy jest ich więcej. I tak łóżko z Ikei za 399zł dostało narzutę i poduszki warte dwa razy tyle, szafki z Biedronki za 389zł (Sic!) drewniane blaty, komoda z Jyska porcelanowe gałki w klimacie Vintage, a szafka TV z Ikei za 78zł tradycyjne, plecione kosze. W drewnie łatwo oszukać - zamiast dębu możemy kupić buk, czy bezsęczną sosnę w mikrowszczepie. Po zabejcowaniu wygląda świetnie, a sam mikrowszczep jest tani i bardzo efektowny. Zamiast tych wszystkich wybajerzonych zawiasów elektrycznych mam w szafach zwykłe uchwyty i ... są wygodniejsze od tego, co miałam wcześniej.

Odnoszę wrażenie, że jest wiele prawdy w stwierdzeniu, iż młodzi chcą mieć coraz więcej i budują coraz większe domy, biorąc coraz większe kredyty, by później, w miarę upływu czasu i nabierania zyciowej mądrości... przenieść się do mniejszych i docenić płynącą z tego wygodę. Nauczyć się, co jest tylko zbędnym, niepraktycznym, nie dającym szczęścia przepychem. Dziś, żeby wysprzątać na błysk mieszkanie, potrzebuję jednej, dwóch godzin. Kiedyś, żeby wychuchać 90 metrów przy psie, kocie i chłopie, potrzebowałam trzech dni...

I nigdy więcej otwartej kuchni! Aneks oddzielony wyspą i barkiem, tak, ale cała otwarta... to po prostu wyglądało źle. Małe mieszkanka mają swoje plusy, których nie dostrzegłabym nigdy, gdybym w takim nie zamieszkała. Wszystko, dosłownie wszystko, jest pod ręką.

 Jako minimalistka bardzo doceniam przeprowadzki. Pozwalają one, a w zasadzie zmuszają nas do rozstania się z wieloma gratami, które zalegają po strychach, pawlaczach i na dnie szafy. Bo jak niby miałabym wszystko, co zgromadziłam tam, zmieścić tutaj, na trzy razy mniejszej powierzchni? I nagle okazało się, że przez pierwszy tydzień wynosiłam po dwa wielkie wory śmieci dziennie. Co w nich było, tego nie wiedzą najstarsi górale, a ja tym bardziej.
I tak cały swój dobytek zmieściłam w dwóch niewielkich szafach i komodzie.

Kiedyś łapałam się za głowę dowiadując, że architekci w Tokio mieszkają w 30metrowych kawalerkach, że Carrie Bradshaw miała norę z łóżkiem, a mój znajomy obracający milionami - skromne mieszkanko w bloku. Dzisiaj to rozumiem.
Mówiłam wiele rzeczy, na przykład, że nie wyobrażam sobie przeprowadzki z mojego ukochanego osiedla domków. I nagle okazuje się, że do sklepu nie trzeba iść dwa kilometry, bo jest tuż za rogiem. Pięćset metrów dalej mam Carrefour, a po drodze pocztę i masę innych sklepów. Wychodzę z klatki i jestem otoczona zielenią, a nie nowiutką kostką brukową i pilnym wzrokiem znudzonego życiem ochroniarza. Wow, to... to tak można? I to za jedną szóstą ceny? A może człowiek po prostu bez trudu asymiluje się do każdych warunków i jestem jak ten Olaf, gdzie mnie nie posadzą, tam siędzę i się uśmiecham?

Kiedy się tu przenosiłam poczułam pewną bardzo ważną rzecz... Brak strachu. Tak naprawdę mogłabym stracić wszystko i dziś zaczynać od zera. Wszystko, na przykład w pożarze. Kiedyś czułam się niewolnikiem przedmiotów. Dziś... po prostu pojawiają się w moim życiu niczym przechodnie na ulicy. Jestem krok dalej, duży krok.


Ehhh próbowałam dodać zdjęcia mieszkania... niestety :(


POSH

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Krew Elfów, Miecz Przeznaczenia i zapchana wanna.

Tyle czasu minęło i tak wiele się wydarzyło, że aż nie wiem jak zacząć.
W sierpniu 2013 odeszła moja ukochana Babcia, a niedługo później, po prawie sześciu latach, rozstaliśmy się z Łukaszem. Moja rodzina skurczyła się do osoby Mamy. Ale ja w sumie nie o tym...

Dość ciężko rozstać się w miarę sprawnie, kiedy wszystko, łącznie z mieszkaniem, jest wspólne. Właściwie to prawie jak rozwód. Zajęło nam więc dłuższą chwilę podzielenie rzeczy, znalezienie dwóch mieszkań i najemców na mój niegdysiejszy "Dream House". Jako, że lubię sobie utrudniać życie, nie znalazłam żadnego lokum, które by mi pasowało wystrojem, więc wybrałam... co tu dużo mówić, melinę do kompletnego remontu. A remont trwał i trwał i trwał... tym bardziej, że robiłam go sama, z pomocą kolegów. Na dzień dzisiejszy więc, jestem obeznana w kuciu ścian, tynkowaniu, gładziach, szlifowaniu, docinaniu wykładzin, zrywaniu paneli i boazerii, o malowaniu i składaniu mebli nie wspomnę.
Zaczęłam naiwnie - "po prostu tu pomaluję". Odpadła mi cała ściana... do płyty, z dziesięcioma warstwami farby i całym tynkiem. Później wymyśliłam barek i otwartą kuchnię, więc trzeba było wywalić ścianę, wyrwać futryny. Wspominałam o panelach, boazerii, czy jakkolwiek można nazwać to plastikowe paskudztwo z wczesnych czasów Gomułki. Oderwawszy pierwszy panel, przeżegnałam się nogą przez plecy - na ścianach całej kuchni ukazała mi się mocna, zielona farba olejna. Jak można pokryć olejną? Nie można... trzeba skuć. Łom, młotek, mesel, chłopaki i walimy w ściany przez trzy dni, każdy swoim ulubionym narzędziem. Jeśli położyłam już gładź w pokoju i kuchni, to może machnąć też łazienkę i sufity? Czemu nie, mam czas. Ściany "stoją", więc pora zerwać tę obrzydliwą wykładzinę i po raz kolejny dostać stanu przedzawałowego... A tu niespodzianka - drewno! Brzydkie, umazane na brązowo, ale drewno, a z nim można zrobić wszystko. Uwielbiam szwedzkie domy z podłogami z desek umalowanych na biało! No to jesteśmy w domu. Tak mi się wydawało, dopóki nie dowiedziałam się, że mamy idealnych najemców na nasze stare gniazdko, którzy... wprowadzają się za tydzień. Aaa... AAA!!! Przecież jeszcze nie podłączyli mi internetu, nie umalowałam okien, nie wymieniłam drzwi... Baa ja się nawet nie spakowałam. Wdech, wydech, wdech... nie, nadal panikuję. Meble, muszę kupić meble! I wannę... i więcej mebli.
Ok, jestem, przeprowadziłam się. Ja, kartony, dużo kartonów, walizki, jeszcze trochę kartonów, tak po sufit mniej więcej, Larry i Mruczek, którzy zaczęli się ganiać. Co chwilę coś z hukiem spada na podłogę. Nie mam siły się denerwować, zarywam noc, jedną, drugą. Jestem w 90% rozpakowana.
W tzw międzyczasie o trzeciej w nocy mam kontrolną wizytę złodziei... Rozważam Rottweilera, Amstaff wydaje mi się zbyt mały na tę okazję... Spoko, to tylko prawa Murphyego, czekam, co jeszcze się spieprzy. Odpadł przód od szuflady? Nie dziwi mnie to... O wanna zapchała się na Amen... Nie denerwuję się, a co tam... W Ikei oczywiście nie ma akurat wszystkich mebli, które upatrzyłam sobie do łazienki. Poczekam...
W międzyczasie Larry, którego przytargałam z drugiego końca Polski ma skręt żołądka... po kilku dniach kolejny. Jeżdżę po całym mieście, niby dużym, a w każdej lecznicy odsyłają mnie gdzie indziej, bo nie ma na dyżurze dwóch chirurgów. Zatrzymuje mnie policja, mówię policjantowi, że jak chce wypisać mandat, to może za mną jechać, bo ja nie mam czasu się zatrzymywać, pies wymaga natychmiastowej operacji. Facet widząc owczarka z wenflonem w brzuchu, puszcza nas bez mandatu. Trafiamy do szpitala dla psów, gdzie Larson zostaje zatrzymany na tydzień i natychmiast idzie na stół. Dzwonię co parę godzin, aż w końcu słyszę, że dowiemy się w ciągu kilku najbliższych dni, czy przeżyje. Rozważam naukę obgryzania paznokci... Mam na głowie remont, przeprowadzkę i chorego psa. Coś jeszcze? Nie wiem, na przykład atak obcych? Ah, nie wspomniałam - w weekendy studiuję we Wrocławiu, a w "wolnych chwilach" piszę dwa biznesplany. Ok nie oszukujmy się, ja nie mam "wolnych chwil".

Mijają dwa tygodnie, szefu odzyskuje siły. Jedno zmartwienie mniej, teraz jest już po plastyce żołądka i nic złego się nie wydarzy. Jest Wielka Sobota, po zarwanej nocy wstaję o 14 i wybieram się po blat, zlewozmywak, kołki, lustro (tak, nie mam żadnego lustra...), kosze, deskę do sedesu. Oh, naprawdę już zamknęli sklepy? Nie, nie ma sprawy... właściwie, to wcale mi nie zależało. Kurwa...
Zaraz, Tesco jest do osiemnastej? Pędzę na złamanie karku, udaje mi się kupić pojemniki na karmę dla zwierzaków, kuwetę z łopatką i kaszkę dla niemowląt. Nie mam jeszcze kuchenki, a muszę jakoś przetrwać. Łopatki oczywiście zapomniałam zabrać z domu... szczoteczki do zębów zresztą też. Mam za to seledynowe męskie bokserki CK... Taaak...
W niedzielę nadal się rozpakowuję i idzie mi to coraz wolniej - teraz już sortuję, co mam, układam. Złodzieje jak na razie nie wrócili, jednak nadal gorąco myślę o drugim psie. Uwielbiam Rottki, ale pewna Amstaffka skradła mi serce. Mruczek w czasie tego całego zamieszania postanawia pozwiedzać okolicę. Po kilku godzinach orientuję się, że nie mam w domu kota... Martwię się, bo to dupa, a nie kot. Znajduję pierdołę w piwnicy. Jest teraz bardziej czarny niż biały. Jestem już zmęczona bałaganem. Wynoszę codziennie po dwa wielkie wory śmieci, a wciąż tu i ówdzie pałętają się jakieś rzeczy. Na barku nie mam jeszcze blatu, więc kot zrzuca z niego kolejne szklanki i ... klucze. Jestem zamknięta i nie mam jak wyjść z domu. Odnajduję je dopiero dzień później - w kartonie z porcelaną.
Dziś poniedziałek.. sklepy nadal zamknięte, więc moje kuchenne szafki, które powinny wisieć, smętnie stoją na podłodze. Larry pachnie olejkiem, który rozlał, a następnie się w nim położył. Zaczynam się zastanawiać, jak się nazywam... ale to nic! Jeszcze muszę dociąć wykładzinę w paru miejscach i posprzątać, a jutro wieszanie szafek, pólek na książki, blat i lustro. Nadal nie mam rolet, a przed moim oknem są ławki i fontanna, więc mam swojego rodzaju Big Brothera...

Wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? Nie do końca wiem, jak to robię, ale mam jeszcze czas na randki :) Miesiąc temu poznałam M. i na razie nic więcej nie powiem, poza tym, że na naszym drugim spotkaniu... malowaliśmy ściany ;)

A... jeszcze jedna rzecz, która może Wam się przydać - remont, wiadomo - dłonie robotnika, zapomnij o paznokciach... Zrobiłam, pierwszy raz, wzmocnienie żelem i hybrydę. Przetrwały bez jednego odprysku.

Za kilka dni, kiedy w miarę ogarnę gniazdko, dodam zdjęcia, ale póki co, moim routerem jest... telefon.



POSH